Pokonać raka

Oszukać los

Diagnoza brzmiała jak wyrok, wiązała się z wielkim strachem i obawami. Wywróciła jej świat do góry nogami, ale nie pozbawiła sił do walki z nowotworem. Anna Wyszkoni, jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek, niedawno zmagała się z nowotworem tarczycy. Nam zgodziła się opowiedzieć o tym jak zacząć życie od nowa, z doświadczeniem tego co jest najważniejsze i jak cenny jest każdy dzień.

Właśnie minął rok od diagnozy. Co się zmieniło przez ten czas w Twoim życiu? 

Był to naprawdę zwariowany rok. Trudno w kilku zdaniach ująć wszystko, co się działo. Było wiele pięknych chwil, ale też sporo trudnych. W marcu pojawił się strach o własne życie. Diagnoza brzmiała jak wyrok. Martwiłam się co będzie z moimi dziećmi, bo one są dla mnie najważniejsze. Na szczęście trafiłam na naprawdę wyjątkowego specjalistę, który nie tylko jest profesjonalistą ale jest po prostu bardzo dobrym człowiekiem. Jesteśmy cały czas w kontakcie i mogę liczyć na jego wsparcie. W momencie kiedy wyjaśnił mi jak będzie przebiegało leczenie i jakie są rokowania nieco się uspokoiłam. Niestety pozostała obawa związana z utratą głosu. Od zawsze byłam perfekcjonistką i to się zapewne nie zmieni, ale przez to wszystko, co się wydarzyło nabrałam większego dystansu i zaczęłam sobie pozwalać na błędy. Byle tylko czerpać z życia mocniej i więcej. Z większą swobodą podchodzę do koncertów, do kontaktów z ludźmi. Czerpię z życia ile się da, bo wiem już, jak w jednej sekundzie wszystko, co planowaliśmy, może runąć.

photo Zija Pióro
photo Zija Pióro

Długo trwał okres niepewności? 

W lutym dowiedziałam się wstępnie o diagnozie, jednak odsuwałam myśli, że to może być coś groźnego. Dopiero w marcu miałam badania potwierdzające u specjalisty, włącznie z biopsją. Potem już wszystko toczyło się bardzo szybko. Dowiedziałam się o nowotworze we wtorek, a w sobotę zagrałam ostatni koncert przed operacją. Wystąpiłam na środkach uspokajających, bo miałam przeczucie, że może być to ostatni raz, kiedy stoję na scenie. Po koncercie usiadłam z moim zespołem i powiedziałam jak wygląda sytuacja. Poczułam od nich wielkie wsparcie. Nikt nie przejmował się tym, że odwołujemy koncerty. Wręcz przeciwnie, wszyscy zaczęli trzymać za mnie kciuki i ze spokojem weszli ze mną w ten trudny czas. Mieliśmy z narzeczonym wykupione, wymarzone wakacje na Bali i nie wiedziałam, czy możemy jechać. Lekarz jednak potrzebował czasu, żeby dobrze przygotować mój zabieg. Sam zaproponował, żebym nie rezygnowała z wyjazdu. Ta podróż spowodowała, że udało mi się uwolnić od wszystkich złych myśli. Na Bali życie toczy się w zupełnie innym tempie. Nie myślałam o operacji, rokowaniach, o tym co mnie czeka, tylko chłonęłam energię i spokój tej wyspy. Miałam kilka momentów zwątpienia, w których pomagało mi bieganie. Podczas tego wyjazdu spisywałam wszystkie swoje myśli i tam właśnie powstał tekst do piosenki „Oszukać los”. Po operacji zmieniłam refren, bo w pierwszej wersji był on jeszcze pełen zwątpienia. Dopiero kiedy powiedziałam sobie, że muszę być silna i iść dalej, że to wcale nie jest koniec, powstała ostateczna wersja piosenki. Jest to utwór, który dotyczy nowego startu w życiu. Czasami trzeba zacząć wszystko od nowa. Każdy moment jest dobry, najważniejsze, żeby się nie poddawać.

Podczas premiery utworu nie było wiadome, że walczyłaś z nowotworem. Dlaczego zdecydowałaś się o tym powiedzieć publicznie? 

Zarówno serce jak i głowa wysyłały mi sygnały, że ta sekwencja wydarzeń miała swój cel, że może taka jest moja rola, żeby ostrzec inne kobiety. Wiele się mówi chociażby o badaniu piersi, a o diagnostyce tarczycy tak rzadko. Ja sama nie wpadłabym na to, by zbadać się pod tym kątem, gdyby lekarz nie zrobił tego przy okazji rutynowego badania piersi. Ten sam lekarz podczas jednej z wizyt kontrolnych poprosił mnie, abym zaczęła o tym opowiadać, bo świadomość jest ciągle zbyt mała. On sam po wykryciu u mnie nowotworu zaczął robić te badania regularnie i w ciągu pół roku wykrył cztery nowotwory. Musimy mówić o tym głośno, by pomóc jak największej liczbie osób. Badajcie się!

Już wcześniej działałaś dla profilaktyki raka… 

Tak, to prawda, ale zawsze to był temat „obok mnie”. Chciałam pomagać, ale ten przekaz nabiera innego wymiaru, jeśli zaczynamy mówić o własnym doświadczeniu. Mam sygnały od wielu osób, że dzięki mojej historii podjęły pewne działania. Jeśli w ten sposób uda mi się pomóc choćby jednej osobie, to będę szczęśliwa.

Czy są jakieś charakterystyczne objawy na które powinniśmy zwrócić uwagę? 

Trzeba słuchać swojej intuicji i swojego organizmu. Ja nie miałam żadnych objawów. Miałam zdrową tarczycę, która pracowała prawidłowo i miała właściwy rozmiar. Intuicyjnie czułam, że dzieje się coś złego. Myślę, że los czuwał nade mną, bo w pewnym momencie postanowiłam zrobić szereg badań. Z każdym kolejnym wynikiem czułam, że to jeszcze nie to. Z dnia na dzień stwierdziłam, że muszę pójść jeszcze na badanie piersi. Zadzwoniłam rano, aby się umówić i powiedziano mi, że mogę przyjść, ale muszę być w klinice w ciągu 30 minut. Szybko wsiadłam w samochód i pojechałam. To był impuls. Do tego specjalisty pojechałam pierwszy raz i z perspektywy czasu wiem, że gdybym trafiła do innego to może do dzisiaj nie wiedziałabym, że chodzę z nowotworem. Co jest bardzo ciekawe ten lekarz nigdy wcześniej nie wykonywał badań tarczycy „przy okazji”. W moim przypadku zrobił to pierwszy raz i prawdopodobnie uratował mi życie.

Jak zareagowała Twoja rodzina? 

Mojemu narzeczonemu powiedziałam od razu. Do mamy zadzwoniłam dopiero, gdy byłam już po kolejnym spotkaniu z lekarzem i wiedziałam jakie są rokowania. Nie mogła w to uwierzyć, do samej operacji modliła się o cud. Ja sama byłam tak zrezygnowana, że szukałam rozwiązania gdzie się dało. Będąc na Bali nie mogłam się oprzeć pokusie i odwiedziłam szamana. Jak się okazało spotkanie było bardziej rozrywką niż duchowym przeżyciem. Zapewne trafiłam nie na tego człowieka, co trzeba. Do prawdziwych szamanów, którzy funkcjonują w lokalnej społeczności, turyści raczej nie mają dostępu. Potraktowałam to więc jako doznanie czysto rozrywkowe, z przymrużeniem oka. Ale rozumiem ludzi, którzy w akcie desperacji szukają różnych rozwiązań.  Dużo zależy od naszego nastawienia, a kiedy czujemy się silniejsi nasz organizm lepiej walczy z chorobami. Każda forma pomocy jest dobra.

photo Zija Pióro
photo Zija Pióro

Co się działo po operacji? 

Dość szybko doszłam do siebie. Niestety miałam niedowład lewej struny głosowej, nad którym pracowałam ze specjalistą. Dzięki temu głos wrócił do formy i mieliśmy bardzo intensywny sezon koncertowy. Traumatycznym przeżyciem okazała się dla mnie terapia jodem radioaktywnym, której musiałam się poddać ze względu na przerzut do węzła chłonnego. Były to cztery dni w zupełnej izolacji. Kiedy szczęśliwa miałam wychodzić ze szpitala okazało się, że muszę się stawić do kontroli za tydzień, bo jest podejrzenie jeszcze jednego przerzutu. Był to dla mnie olbrzymi szok, który spowodował, że przez cały tydzień byłam kompletnie nieobecna i rozbita. Zajmowałam się tylko dziećmi, a reszta świata nie istniała. Po diagnozie, która okazała się pomyślna w ciągu trzech godzin straciłam głos. Skonsultowałam to szybko z moją doktor foniatrą, która zdziwiona stwierdziła, że nigdy nie widziała mnie w tak dobrej formie. Struny głosowe funkcjonowały bez zarzutu, a jednak nie było mowy o wydawaniu dźwięków. Okazało się, że to wszystko działo się mojej głowie i musiałam zaczerpnąć pomocy psychologicznej, gdzie dowiedziałam się, że jest to normalny objaw i odreagowanie organizmu na tak traumatyczne przeżycia.

Na co musisz teraz zwracać uwagę? 

Żyję normalnie, tyle, że w moim kalendarzu pojawiły się terminy wizyt w klinice w Gliwicach. Następny termin mam w marcu. Spotkałam na oddziale ludzi, którzy wracali tam po 17 latach. Byli też tacy, których poddawano terapii jodem radioaktywnym już piąty raz. Jestem przygotowana, na to że choroba pozostanie ze mną do końca życia. Ze względu na fakt, że moja tarczyca została usunięta, codziennie przyjmuję hormony, które pozwalają mi normalnie funkcjonować. Pamiętanie o nich stało się moim codziennym rytuałem. Trochę przewartościowałam swoje życie. Zaczęłam dbać bardziej o siebie i swoje potrzeby. Uczę się asertywności. Po prostu wiem już, że są rzeczy ważne i ważniejsze.

31 marca wychodzi Twoja nowa płyta „Jestem tu nowa”. Skąd taki tytuł? 

To hasło pojawiło się w tekście jednej z piosenek. Gdy ją śpiewałam, uświadomiłam sobie, że właśnie ono oddaje wszystko, co teraz czuję. Nowy album jest inny od poprzednich i myślę, że doskonale podsumowuje ostatnie wydarzenia i ich wpływ na moje życie.

Jeżeli myślimy o kimś kto jest 20 lat na scenie to taki tytuł jest bardzo zaskakujący. 

Po powrocie na scenę czułam się trochę jak debiutantka, jakbym znowu stała na niej pierwszy raz. To niesamowite, że w każdym momencie życia możemy zacząć wszystko od nowa. Kiedy ta płyta zaczęła powstawać, przeżywałam najtrudniejszy czas. Byłam po jodoterapii i miałam poczucie lekkiego załamania nerwowego. Płyta dodała mi sił, pociągnęła do przodu. Z  każdym kolejnym dniem czułam się lepiej, a każdy dźwięk stawał się częścią mnie. To ważna płyta, bo jestem tu nowa.