Zdrowie rodziny, Życie seniora

Odkrywałem i nadal odkrywam dźwięki

Wszystko zaczęło się około roku 1988. Lecz początki moich problemów ze słuchem trzeba chyba wiązać z uporczywymi anginami we wczesnym dzieciństwie i setkami zastrzyków, którymi mnie leczono w wieku 5 i 6 lat. Najpierw była penicylina, a jak już nie pomagała, to streptomycyna. Na anginę w końcu podziałała, ale… w opinii lekarzy totoksyczne działanie antybiotyków mogło się zacząć już wtedy, a ujawnić dopiero w dorosłym wieku.

Możliwe jednak, że do utraty słuchu przyczyniły się moje wrodzone skłonności.

Pierwszym objawem były trudności w rozumieniu rozmówców przez telefon. Pracowałem wtedy jako handlowiec, czasy były „przedkomórkowe”, a rozmowy zamiejscowe i zagraniczne z reguły słabej jakości, z dużą ilością zakłóceń. Ówczesne telefony nie miały jeszcze regulacji głośności, więc niekiedy zmuszony byłem prosić kolegów, żeby za mnie rozmawiali, bo ja za słabo słyszałem.

Z czasem jednak trudności z rozumieniem mowy dały o sobie znać także w codziennym życiu prywatnym.

Z moim problemem trafiłem do przychodni przy szpitalu bródnowskim, gdzie zdiagnozowano ubytek słuchu i zalecono noszenie aparatu słuchowego. Aparat był analogowy, przydawał się tylko trochę i tylko czasami, zresztą zupełnie nie sprawdzał się przy rozmowach telefonicznych.

Muszę chyba wspomnieć, że „od urodzenia” byłem tzw. słuchowcem. Najlepiej uczyłem się przez uszy. Wolałem usłyszeć coś na lekcji lub wykładzie niż przeczytać o tym w podręczniku. Miałem po prostu lepszą pamięć słuchową niż wzrokową. Miało to niewątpliwe zalety, ale i wady, np. ciężko mi było nauczyć się ortograficznie pisać i zawsze bardzo źle rysowałem. Natomiast jednym z pozytywnych efektów była spora łatwość uczenia się języków obcych. W handlu zagranicznym bardzo mi się przydawała znajomość rosyjskiego, niemieckiego i angielskiego.

Miałem też kiedyś niezły słuch muzyczny, kochałem muzykę, a w ogóle świat obierałem w pierwszej kolejności jako mnogość dźwięków.

W tej sytuacji postępującą utratę słuchu mogę uznać za ironię losu.

W roku 1994 postanowiłem rozstać się z zawodem handlowca, zmieniłem profesję, zostałem tłumaczem technicznym i ekonomicznym.

Przez prawie trzy pierwsze lata mogłem jeszcze od czasu do czasu tłumaczyć ustnie na seminariach i konferencjach, lecz później odpadła ta przyjemniejsza moim zdaniem (i bardziej opłacalna) część zawodu. Pozostały tylko tłumaczenia pisemne i… niestety coraz trudniejszy kontakt słowny ze zleceniodawcami.

W życiu prywatnym rezygnowałem stopniowo z bardzo lubianych przez mnie rzeczy: radia, koncertów, teatru, wszelkiego rodzaju imprez artystycznych, spotkań rodzinnych i towarzyskich, a w końcu również z telewizji. Przestałem słyszeć dzwonek do drzwi i dzwonek telefonu. Za to szumy w głuchnących uszach miałem coraz intensywniejsze.

Około 2003 roku trafiłem pod opiekę Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Zdiagnozowano głęboki ubytek słuchu, stromo opadający niedosłuch typu zmysłowo- nerwowego. Analogowy aparat słuchowy został zastąpiony cyfrowym, potem doszedł drugi aparat, ale w moim wyścigu z czasem wyraźnie zostawałem z tyłu.

To były trudne lata, ale zawsze miałem oparcie w rodzinie i wśród przyjaciół.

Natomiast w urzędach, sklepach u klientów spotykałem się raczej z obojętnością, choć rzadko zdarzał się zupełny brak zrozumienia. Czasem próby porozumienia się przybierały formy nieco groteskowe, mówiono do mnie np. bardzo głośno, a to w niczym nie pomagało. Pytałem o coś, nie rozumiałem odpowiedzi, więc prosiłem

o powtórzenie, „bo ja słabo słyszę”, więc powtórna odpowiedź była głośna, czasem nawet zbyt głośna, no i nadal nic nie rozumiałem. Pani na poczcie radziła mi przysłać żonę, pan w urzędzie zawołał koleżankę, która miała lepszą dykcję, zaś pani na dworcu napisała mi na karteczce.

Moja pani audioprotetyk doradziła mi, żebym koniecznie prosił o powtórzenie, ale nie głośniej tyko wolniej. Niestety, okazało się, że nie każdy potrafi mówić wolniej. Znaczy, mówi wolno dwa pierwsze zdania, a potem znów podaje tekst w swoim tempie. Często było tak, że szedłem gdzieś z żoną, która powtarzała powoli i wyraźnie, twarzą do mnie, to co ktoś mi chciał przekazać.

Ale najlepiej rozmawiało mi się pewnego zimowego wieczoru z panem, któremu pomagałem przejść przez jezdnię. Zobaczyłem dość młodego człowieka z białą laską, który trochę bezradnie próbuje przedostać się na skos na drugą stronę zaśnieżonej ulicy i najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, co mu grozi ze strony zmotoryzowanych. Widoczność była paskudna, wypadek wisiał dosłownie w powietrzu. Krzyknąłem, że pomogę i podbiegłem do niego. Wziąłem go

pod rękę, nie miał nic przeciwko temu. Spytałem, gdzie go zaprowadzić i powędrowaliśmy w stronę pasów dla pieszych. Ale jak tylko się odezwał, podając numer domu, którego szuka i jeszcze jakieś informacje dodatkowe, poprosiłem, żeby mówił wolno i wyraźnie, bo ja jestem prawie głuchy. Odwrócił się do mnie twarzą, mówił świetnie, bardzo starannie, odrobinę głośniej. I miałem wrażenie, że „patrzy” na mnie ze zrozumieniem. To spotkanie było dla mnie bardzo ważne.

W roku 2010 lekarka prowadząca zasugerowała wszczepienie implantu ślimakowego i opisała dość pobieżnie na czym polega zabieg oraz działanie „elektrycznego słuchu”. Trochę się wahałem, ale poczytałem jeszcze o implantach w Internecie i udało mi się spotkać z człowiekiem, który był implantowany po nagłej utracie słuchu. Mogłem się przekonać, jak funkcjonuje po wszczepieniu implantu. To spotkanie miało decydujące znaczenie.

Badania kwalifikacyjne miałem w 2011 roku, a w październiku 2012 wykonano zabieg wczepienia implantu ślimakowego.

Lekarzom w Kajetanach udało się zachować resztki słuchowe po operowanej stronie, więc korzystam z systemu EAS tj. połączenia implantu ze stymulacją akustyczną. Z drugiej strony nadal używam aparatu słuchowego.

Rozpoczął się nowy etap w moim życiu.

Dźwięki, dźwięki i jeszcze raz dźwięki. Inne, często zupełnie nowe, z początku nie wszystkie przyjemne, ale w całym zakresie, od niskich po bardzo wysokie.

Dzięki ćwiczeniom słuchowym i pomocy rehabilitacyjnej stopniowo oswajałem się z nowymi wrażeniami słuchowymi i coraz lepiej rozumiałem, co się do mnie mówi.

Z początku tych wrażeń było aż za dużo, więc można się było pogubić, ale w miarę upływu czasu mój mózg radził sobie coraz lepiej z przyporządkowaniem dźwięków do zjawisk i zdarzeń.

Jeden z pierwszych sygnałów, że będzie naprawdę dobrze, był dziełem przypadku. Wydarzyło się to jakieś 2 miesiące po aktywacji procesora. Żona, stojąc w drzwiach kuchni, mniej więcej 2 metry za mną spytała niezbyt głośno, czy chcę herbaty. Nie odwracając się odpowiedziałem, że tak, poproszę. A potem obydwoje krzyknęliśmy: hura! Zdaliśmy sobie bowiem sprawę, że wieki całe nie byłem w stanie zrozumieć najprostszego tekstu, jeżeli nie patrzyłem na usta mówiącej osoby.

Odkrywałem i nadal odkrywam dźwięki, o których dawno temu zapomniałem lub których zwyczajnie nie znałem, bo pojawiły się wtedy, gdy już bardzo źle słyszałem.

Jako anegdotkę opowiadam czasem, że w pierwszych miesiącach po operacji „wrona brzęczała grubo, a wróbel brzęczał cienko”. Dzisiaj wrona znowu kracze, a wróbel ćwierka. Morze szumi teraz znów tak jak kiedyś i „o szyby deszcz dzwoni…”

Z praktycznego, codziennego punktu widzenia zmieniło się mnóstwo rzeczy. Słyszę na przykład dzwonki telefonów w domu i je rozróżniam, mogę – z pewnym trudem, ale jednak – rozmawiać przez telefon, nie mam większych problemów z telewizją. Radio i muzyka bywają trudniejsze, ale zauważam stały postęp. Znów zacząłem chodzić do teatru, rozumiem – bez pętli indukcyjnej – 70-80% dialogów. Słyszę płynącą wodę z kranu, cykanie zegara ściennego i szum pracującej drukarki.

Ale po pierwsze i po najważniejsze odzyskałem pewność siebie w kontaktach z ludźmi. Nie potrzebuję pomocy bliskich żeby załatwić coś w sklepie, aptece, banku. Nie muszę czytać z ust, ale oczywiście wolę widzieć twarz osoby, z którą rozmawiam.

Nawet rozumiem spikerkę na dworcu zachodnim, chociaż np. zapowiedzi odlotów na Okęciu zupełnie do mnie nie docierają. Nie ma co prawda szans, abym powrócił do tłumaczeń ustnych na poziomie profesjonalnym, ale miałem niedawno okazję być w Austrii czy Szwajcarii i mogłem się tam stosunkowo dobrze porozumieć. Prawie całkiem ustąpiły szumy uszne, a w każdym razie nie rejestruję ich, gdy mam włączony procesor.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Przed wszczepieniem implantu bardzo źle znosiłem głośne dźwięki, szczególnie wysokie (stukanie obcasów po chodniku, hałas uliczny). Zjawisko to występuje nadal, gdy mam tylko aparat słuchowy na jednym uchu, a z drugiego zdjęty procesor. Przy włączonym procesorze nie odczuwam żadnych problemów tego rodzaju, obcasy mogą sobie stukać, sąsiad może wiercić, karetka może wyć. Tylko dzieci w szkole, jak wybiegają na przerwę, robią jak dla mnie hałas gorszy niż startujący odrzutowiec, ale to chyba przeszkadza wszystkim dorosłym.

Odzyskanie samodzielności, większa pewność siebie, radość z kontaktów z ludźmi i przyrodą, ogólna poprawa nastroju, to są rzeczy bezcenne, które nie byłyby możliwe bez decyzji o wszczepieniu implantu.